czwartek, 31 grudnia 2015

Święta, święta.. i po urodzinach

Za 30 minut lądujemy w Polsce, więc jest to świetna okazja do napisania czegoś mądrego. Albo i nie. ;) Slońce parzy w plecy przez okno w samolocie i myślę, że to taka chwila, kiedy uświadamiasz sobie, że nic Ci do szczęścia nie brakuje. Zawsze moze byc lepiej, wiadomo... ;) Jest dobrze. Bardzo.

W tym roku miałam najlepsze urodziny pod słońcem. Kamil spisał się na medal. Już po północy dostałam w prezencie wymarzoną lokówkę, ktorej jeszcze nie wiem jak używać, oraz ptaszka, hehe, takiego suwenirka do postawienia, do którego wzdychałam za każdym razem gdy go widziałam. Rano wypucowani, pięknie uczesani - ruszyliśmy do Londynu. Plan był taki: London Eye, muzeum figur woskowych oraz Winter Wonderland - jarmark świąteczny z prawdziwego zdarzenia. Zaczęliśmy od końca listy i tam też skończyliśmy. :) Na nic innego nie było czasu. Dołączam zdjęcia, ale pewnie będą gdzieś na samym dole. Po kilku godzinach zwiedzania, wzdychania - do naprawdę za drogich - ozdób świątecznych, oraz przejażdżkach na kolejkach na które zazwyczaj nie patrzę ze strachu ;) - Kamil zaczął marudzić. Jak to facet. Bo po pracy, bo zmęczony. Wróciliśmy do domu, wchodzimy, a tam z kuchni wyskakują moi znajomi i rodzinka z tortem śpiewając sto lat!!!! Gocha mistrz cukiernictwa! :* Najlepszy tort na świecie - druga edycja. Dziękuję jeszcze raz za to, bo sprawiliście, że miałam super truper dzień. :)

A kilka dni po świętach przyszedł jeszcze prezent z Polski, przyprawiający o łzy wzruszenia. Kaśka, jesteś najlepsza! :)

Po urodzinach nadchodzi to, co tygryski lubią najbardziej, czyli święta.. Ahh. Święta z narzeczonym, to jest coś.. ale w przyszłym roku na pewno będziemy w PL. Tłoczno i wesoło. Dostałam iPoda. Różowego! :)

A w marcu śmigamy do Hiszpanii na 5 dni. :) Na szczęście wszystkie preparaty na poparzenia skóry dla Kamila już mam zakupione, jeszcze tylko olej do opalania dla mnie, kapelusz i jestem gotowa. :)

Oho, widzę już nasz Modlin wspaniały.

Wszystkiego dobrego w Nowym Roku. Nie bójcie się marzyć i dbajcie o swoich najbliższych. :*

Lądujemy

czwartek, 10 grudnia 2015

wolne

Cześć!


obciachowe zdjęcie na początku postu, to podstawa

Jeden dzień wolnego w tygodniu i nagle okazuje się, że można nadrobić zaległości we wszystkim. Odpisać na zaległe wiadomości, napisać notatkę na bloga, poćwiczyć, ugotować coś dobrego.. i zdrowego. :)

Sprawa numer 1

Bardzo popularne w UK jest narzekanie na sposoby leczenia, GP (tutejsi lekarze pierwszego kontaktu) oraz Paracetamol. Mówi się, że na każdy Twój problem zalecany jest paracetamol, jak nie umrzesz przez kilka miesięcy a zarazem ci się nie polepszy, to wtedy może pomyślą.. nad zwiększeniem dawki paracetamolu. ;) Ja, póki co, mam dobre doświadczenia z instytucją jaką jest angielska służba zdrowia. Koleżanka z pracy poleciła mi lekarza, kobietę, która nie lekceważy, nie ma problemu ze skierowaniem ma badania oraz wypisaniem recepty na normalne leki. Tak właśnie stałam się szczęśliwą posiadaczką leków na refluks (który nie wiem, czy mam, ale nie ma opcji, żebym poszła na gastroskopię), cukrzycę (której nie mam na pewno, ale działają na coś innego) oraz migrenę (tę mam na pewno, właśnie przez nią siedzę dziś w domu). Przejdźmy do sedna. W Polskich realiach za te leki zapłaciłabym kupę kasy. Same leki na refluks kosztowały mnie około 80 zł, nie wspominając już o tych na migrenę. A tutaj miła niespodzianka. W Anglii nie płaci się za leki, tylko za receptę. Trzy leki = trzy recepty. Jedna recepta = 8 funtów 20 pensów. Nieważne, czy to leki na demencję, czy na grypę. Recepta, to recepta. Jeszcze lepsza wiadomość jest taka, że możesz sobie wykupić... abonament na recepty. :) Jeżeli wiesz, że będziesz kupować leki dość często, to płacisz  29 funtów raz na trzy miesiące i możesz wykupować recepty do woli! :) I tak o. 

Byli my w Ikei..







ale łóżka ni ma :( trzeba czekać.. trochę oglądałam innych modeli, z nadzieją, że może mi się jakieś spodoba, ale jednak poczekamy na to.. tylko producent nie produkuje chwilowo naszego zagłówka.

ale kupiliśmy komodę i szafkę :)



i skręciliśmy je razem z Kapitanem Ameryką :D (tu jeszcze bałagan)

Christmas time!!

mandarynka time



piernikowa kawa time


pierniki time! druga edycja





W tym roku zamierzamy dorzucić je do prezentów jako akcent świąteczny. Oby zmiękły szybciutko, bo już niedługo: wielkie lukrowanie!

W miniony weekend uskutecznialiśmy też ostatnie zakupy prezentowe, które wysłaliśmy do Polski i do Hiszpanii.


Kamil zadowolony z zakupów ;)


pakowanie paczek, szukanie zapomnianych (kupionych już w październiku) prezentów w szafie :)


Czy był u was Święty Mikołaj mikołajkowy? ;)


Mam najlepsze przyjaciółki na świecie! Ale chyba już to mówiłam. Albo pisałam. :) Bo to prawda. Dwa tygodnie temu śmignęłam na weekend do Gdańska, gdzie zaliczyłam dwie najlepsze domówki ever, widziałam morze, nie widziałam żadnej sukni ślubnej ;), bo przez całą sobotę mój żołądek nie współpracował z chęciami do życia i wyjścia z domu. I tak było super. 









jadłam pierwsze w swoim życiu, prawdziwe sushi, a to z tatarem z łosia na wierzchu - podbiło moje serce!


a z nami jadł pies i mała duża Mari;)

Zapomniałam wspomnieć o tym, że lot bez kłopotów jest lotem straconym. Na lotnisku w Gdańsku, po wylądowaniu, czekaliśmy w samolocie na płycie lotniska ponad pół godziny (niewiadomonaco) po czym okazało się, że jest ono zamknięte już od 1,5 godziny, bo znaleziono podejrzany bagaż. W drugą stronę z kolei były takie turbulencje, że chyba pierwszy raz się trochę bałam. Ale tylko trochę. Nadal kocham latać. :) 

Uciekam gotować obiad ukochanemu. Chyba zasłużył..


jak to dobrze, że nie umiem szyć :)

Buziaki sto dwa :*


pozdrowienia z przymierzalni ;)