sobota, 27 września 2014

New England Way i piraci



Jestem największym piratem drogowym w hrabstwie Norfolk, a teraz także chodnikowo - rowerowym. :) Poza tym miałam jeszcze napisać, że zrobiłam swoją pierwszą wielką plamę z kawy na naszej cudownej, jasnej wykładzinie. :D Kocham wyłożone po sam sufit, domy z wykładziną!! :)

Dobranoc!!!!

leniwa Lena

Zbieram się i zbieram, żeby coś napisać, ale wychodzi jak zwykle.. czas popracować nad organizacją swojego czasu. Mam wymówkę, bo od trzech dni się zakaszluję i trochę przychorowałam. Zacznę od najprzyjemniejszych rzeczy, jakie mogą nas spotkać zaraz po wypłacie, czyli: zakupy. :) Naszą wspaniałą czwórką (jeszcze wtedy czwórką :( ) wybraliśmy się do oddalonego o ok. 30 mil Norwich. Na wstępnie napadliśmy na wspaniały sklep jakim jest Primark :). 


Kupiliśmy baaaaardzo dużo rzeczy, ale poniżej moje 3 hity :D




Ilość świątecznych gadżetów, ubrań i biżuterii mnie powala. :) Napiszę oddzielną notatkę na ten temat, wraz z milionem zdjęć. Mój telefon już niedługo do mnie wróci, więc będę miała porządny ;) sprzęt do fotografowania. Moja kolekcja ciepłych bluz, piżam, czapek oraz dresików została powiększona. Tak bardzo nie opłaca się robić tu zakupów zarabiając w Polsce. :( A to rzeczy, których nie kupiłam:




Ciekawostka dla ciekawskich. ;) Z racji pobytu w tym pięknym kraju, musiałam założyć konto w tutejszym banku. Konto za darmo (w Polsce jak miałam konto student, czyli wydawać by się mogło - takie dla biednego człowieczka, to płaciłam za każdy przelew, kartę i prowadzenie konta :o). Kiedyś jak w PL zepsuła mi się karta, to czekałam około 10 dni na pin i 14 dni na nową kartę. Tutaj natomiast już następnego dnia przyszła karta + pin +


a jest to taki kalkulatorek do którego wkładam kartę i wpisuję swój pin, po czym wyświetla się jednorazowy kod dostępu do bankowości internetowej. :) I to za darmo. Uwierzy ktoś? ;)

Z kim nie rozmawiam, to jestem pytana o pogodę w Anglii. Oto jaka pogoda:


Cienka kurtka wskazana, jednak jest bardzo przyjemnie - pogoda idealna!!!

Dziś mamy bardzo smutny dzień, ponieważ jedna z moich współlokatorek odejszła sobie i wróciła do PL. :( Mariolka bedziem tenskić mocno. :* Nie zdążyliśmy się rozkręcić jeszcze ze znajomością a już trzeba było się zawijać! Wszyscy wierzymy, że jeszcze do nas wrócisz. ;)

A!!! Czy wspominałam kiedyś, że mam najwspanialszego Kamila pod słońcem? :) Wczoraj otrzymałam taki oto prezent:


W pakiecie do zapinki jest również rower w kolorze wymarzonym. :) Dzięęęęękuję :) :** Chyba mnie kocha. ;)

Tym oto optymistycznym akcentem oddalam się ku dużemu Tesco i zakupom jedzeniowym. :)

Ciao!


wtorek, 16 września 2014

praca praca

Tak jak obiecałam (w końcu) piszę. Jeszcze w Polsce, w ostatnim tygodniu pobytu, cały czas marudziłam i narzekałam Kamilowi, że na pewno będziemy mieszkać pod mostem, bo nie znajdziemy pracy (mostu w Thetford nie mamy, ale jest kilka małych mosteczków i mielibyśmy łabądki za sąsiadów ;)). Naprawdę się tego obawiałam, jednak strach przed pracą okazał się niczym wobec stresu jaki przeżyłam już jej szukając (chodzi mi oczywiście o przymus kontaktu w innym języku). UK ma to do siebie, że przyjezdni pracują w różnego rodzaju fabrykach i magazynach. Do prac biurowych, na wyższe stanowiska, pierwszeństwo mają Brytyjczycy. Kamil już w środę po przyjeździe poszedł do pracy, a ja zestresowana chodziłam po agencjach. Załapałam się na jedno małe szkolonko w fabryce Jeyes (produkują jakieś proszki i inne takie takie) i sam zapach (swoją drogą ładny) przyprawiał mnie o ból głowy i mdłości. Powiedziałam stanowcze NIE, mimo iż pisali i pytali, czy chcę iść(taki jest tu sposób porozumiewania się z potencjalnym pracownikiem). Wady tej pracy: niepewna, bo dzwonią i wtedy idziesz oraz śmierdząco - pachnąca (może można się przyzwyczaić, ale to nie na moje bóle głowy). Ano i założyliśmy sobie na początku, że chcemy pracować na rano, żeby się widywać i spędzać razem czas. W czwartek (04.09) pojechałam do sąsiedniego miasteczka Brandon i tam w agencji Recroot, po godzinie wypełniania papierów dowiedziałam się, że na 15:45 idę do pracy. :ooo Oczywiście przedstawiłam swoją prośbę, że chcę pracować na rano, bo po południu mam angielski i otrzymałam informację, że jak tylko się uda, to zostanę przeniesiona na rano. :) I tak oto zaczęłam pracę w firmie Direct Table Foods. Popracowałam dwa dni na popołudnie i od zeszłego poniedziałku wstaję o 5:30 rano, bo przeniesiono mnie na zmianę dzienną.

Zacznę od wad pracy na boczkach ;)
- chłodek, chociaż jak się ubiorę ciepło, to jest okej :)
- nuuuuuuuuuuuuuuuuuuuudaaaaa nuda nuda nuda
- prawdopodobnie tylko do świąt, ale zaleta tej wady jest taka, że kurs angielskiego trwa 10 tygodni i będę się mogła zwinąć gdzieś indziej, najlepiej na lotnisko ;) - przecież raz się żyje
- Portugalczycy - ich angielski przechodzi moje najśmielsze oczekiwania :D


Zalety:
- stawka minimalna, ale idąc do sklepu nie zastanawiam się co mam kupić, jak to robiłam w Polsce + mogę sobie odłożyć, kupić ubrania i jeszcze niewiemco
ĆEKAWOSTKA - w UK od października stawka minimalna wzrasta od 6,31 do 6,50 oraz w umowie mamy zapisane, że po 12 tygodniach firma ma obowiązek pracownikowi agencyjnemu podnieść stawkę do takiej, jaką mają pozostali (prawo to jest trochę oszukiwane i dzieje się tak po około pół roku, ale dzieje, bo musi :))
- o 15:15 jestem już w domku :)
- mam przerwę na jedzonko o 10:45 a obiad jem po pracy, więc w końcu jadam regularnie :D (tak, Katarzyna :))
- miłe koleżanki
- dużo znajomych, bo całe Thetford tam pracuje :)
- motwacja do działania
- przez 8 godzin jestem w stanie przemyśleć sobie wszystko :D dosłownie
- i wszystko zaplanować
- Kamil i moi współlokatorzy pracują ze mną, tylko na innych działach, więc wsiadamy sobie rano w furkę i śmigamy do pracy

nie ma co szukać wad, wiadomo, że od razu nie zajmę kierowniczego stanowiska i nie wsiądę do samolotu, ale to przecież od nas samych zależy. :) Czekam tylko na opinie, że lepiej siedzieć w Polsce i zarabiać mało niż tutaj zapierdzielać i mieć kasę. Masz tyle na ile się odważysz. :) Praca nie jest ciężka, tylko zwyczajnie nudna. Wstawanie rano też już mi nie straszne.

Idę szukać inspiracji na kolejną notatkę i oglądać film "Gwiazd naszych wina" - podobno mam sobie przygotować paczkę chusteczek, lub też rolkę papieru toaletowego - co kto woli. :)

Buziaczki



poniedziałek, 15 września 2014

rób co możesz z tym, co masz, tam, gdzie jesteś

Hej juuuuuuuuuuuuuu :)
Kolejny tydzień, a zarazem i weekend minęły, nawet nie wiem kiedy. W tygodniu nuda, praca, praca, praca, ale o tym będzie kolejna notatka, prawdopodobnie jutro. :) W sobotę wybraliśmy się do wesołego miasteczka i było naprawdę wesoło. :D Poniżej fotorelacja z krótkimi opisami a następnie pierwsza relacja zakupowo - jedzeniowa pt. co zaskoczyło mnie w spożywczakach w UK. ;) W niedzielę pojechaliśmy we czwórkę do JEDNEGO sklepu (my tylko po pomidory w puszcze i kukurydzę) i wróciliśmy po 3 godzinach, po 4 sklepach, z pełnym bagażnikiem. :P Eh zakupy.

Jak wiadomo, w naszej kochanej Polsce wesołe miasteczko czasem zawita do miasta i tak oto na czterech na krzyż atrakcjach ( z czego połowa to pompowane piłki do skakania dla dzieci i trampolina) możesz zakupić wejściówki na jedną atrakcję za ok. 10/15 zł od osoby. Atrakcja to dużo powiedziane. ;) Wiem, bo lubię wesołe ciasteczka ;) a za każdym razem, gdy już się wybrałam, to byłam zawiedziona, bo na trampolinę było ograniczenie do 50 kilogramów. :D W Anglii sprawa ma się trochę inaczej, czego miałam okazję doświadczyć w kwietniu, jak przyjechaliśmy na Wielkanoc, oraz w minioną sobotę. :) Każda atrakcja kosztuje funta dzięki czemu całe rodziny mogą sobie pozwolić na szaleństwo w lunaparku.

Oto ja, krzywy i zadowolony bywalec takich oto miejsc:


i Oni, moi nieocenieni współlokatorzy + mieszkaniec mojego pokoju ( ;) :* ):


Poniżej atrakcje na których miałam okazję przebywać. Na początek lajcik, coś sprawdzonego (zdjęcie robione z oddali, nie mam innego :(). Wciska Cię w podłogę, świat wiruje, całkiem spoko.



Następnie dałam się namówić na coś, czego będę żałowała przez długi czas. :P Zawsze mówiłam, że najbardziej lubię prędkość, najmniej kręcenie się w kółko i tak oto uległam namowom Romka i na poniższym zdjęciu jeszcze się niczego nie spodziewam:


tutaj też jeszcze się cieszę:


tu już mniej:


tutaj już w ogóle: 



OSTATNI RAZ WSIADŁAM NA KRĘCĄCE SIĘ COKOLWIEK. Diabelskie młyny i cała reszta kółek zdecydowanie nie jest dla mnie. :P Oszalałam chyba, bo później poszliśmy jeszcze na to:


i tym sposobem, cała zieloniutka, odczuwając swym żołądkiem każdą dziurę w ulicy, wróciłam do domu. :D

Pozostałe atrakcje poniżej. :) Pierwsza, z dedykacją dla Minionka Karola ;)


moje całkiem ulubione miejsce, na które by mnie nie wpuszczono ;) (z dedykacją dla Paulutka ;))


i reszta:








Lunaparki mają tutaj prawdziwy klimat i przyciągają tłumy. :) Dużo budek z jedzeniem, prawdziwe miejsca - jak z filmów - gdzie można wygrać maskotki. :) 

Okeeeeeeeeeeeej... to, co lubimy najbardziej, czyli jedzenie i mała niespodzianka, która mnie osobiście bardzo cieszy. ;)

Kilka fotek ze wspomnianego już sklepu funciak, gdzie wszystko taniocha:




W UK można kupić przebranie na każdą okazję. :) Urodzinowe, 18stkowe i pozostałe gadżety bardzo dostępne (te widoczne na zdjęciu, to tylko namiastka - głupio mi cykać wszędzie focie, ale się rozkręcam). W polskim sklepie dostępne masło "Ostrołęckie". :)

Nowość na rynku:


Coś dla maniaków ozdabiania tortów (Góral ;))


I dla leniwców (ja :))




Aaaaaand surprise!!





Oprócz Halloween, pojawia się już element świąteczny (zamiast zniczy i sztucznych kwiatów).

Z tegoż siedzącego, na podłodze, miejsca całuję wszystkich i pozdrawiam serdecznie! Jutro notatka o moim ciężkim żywocie w pracy. ;)

Oczywiście przypominam ponownie, że każde zdjęcie można powiększyć!!
(wszystkie rozmazane robił Kamil, ładne - ja :))


Ciao  

niedziela, 7 września 2014

do odważnych świat należy

Minął tydzień, więc jestem w stanie napisać coś konkretnego o tym jakże pięknym kraju i o moim nowym życiu w mieście Thetford. :)


Zaczynamy!!!

Sprawa najważniejsza, poszukiwanie pracy:

W ciągu ostatniego tygodnia odwiedziłam 4 agencje pracy, gdzie w dwóch porozumiewałam się po polsku, natomiast w pozostałych w języku angielskim. Przyjeżdżając tu obawiałam się, że nie zrozumiem nikogo, niczego i nic nie powiem, ale na moje szczęście okazało się inaczej. :) W jednej z agencji (brytyjskiej), pewna Pani podniosła mnie na duchu i pochwaliła, że bez problemu poradziłam sobie z wszystkimi formularzami, z testem, a także rozumiem wszystkie informacje, które ona mi przekazuje i CO NAJLEPSZE potrafię odpowiedzieć w zrozumiały, nieskomplikowany i niepoplątany sposób. W tym kraju wycieczka do agencji z CV nie ma żadnego sensu, ponieważ na wstępie otrzymujesz kilka do kilkunastu kartek z pytaniami dotyczącymi podstawowych informacji o Tobie, przeszłości zawodowej, o zdrowiu, umiejętnościach, oraz z testami z matematyki :), angielskiego oraz z krótkim szkoleniem dotyczącym dźwigania ciężkich przedmiotów - również kończącym się testem. Wypełnienie wszystkiego zajmuje około godziny czasu. Działa to w ten sposób, że jak tylko znajdzie się dla Ciebie odpowiednia praca, otrzymujesz telefon z agencji, ciągle słyszane tu: safety boots, bez których nie wpuszczą Cię do firmy i najszybciej jak się da, najczęściej już wieczorem - idziesz do pracy. Często są to prace tymczasowe, jednodniowe, nudne, ale dobrze płatne. :) Dobrze, czyli podstawowo - 6,31 funta na godzinę - za co jesteś w stanie przeżyć cały miesiąc, wszystko opłacić, kupić sobie ciuchy i jeszcze odłożyć.

Poniżej przedstawiam widok z okien jednej z agencji pracy.



Sklepy:

W naszej okolicy znajduje się dużo dużych sklepów spożywczych. :) A także nowo otwarty - Lidl, w którym spodziewałam się serków Pilos i wody Saguaro, jednak zastałam wodę Carrick Glen i serekniepamiętamnazwy. Na półkach jest dużo więcej rodzajów każdego produktu i mega mi się to podoba. Mamy sklep w stylu Biedronka - Aldi - gdzie jest naprawdę tanio i niekoniecznie super jakościowo. W samym Thetford naliczyłam już około 5 sklepów, gdzie można dostać polskie jedzenie i polskie produkty. :) Przy najbliższej okazji porobię zdjęcia ciekawych produktów. Moje serce zdobył Poundland, gdzie jak sama nazwa wskazuje, można kupić wszystko za funta. :) I tak od Domestosów przez pojemniki na żywność, ozdoby, po słodycze - możesz tam kupić bardzo dużo rzeczy. Dla porównania: wczoraj kupiłam tam dezodorant Dove za funta i później wyczaiłam go w innym sklepie za 2,5. Czyli się opłaca. :)

Z ciekawostek dopiszę, że opłaca tu się zbierać w sklepach spożywczych punkty na różnego rodzaju karty i programy lojalnościowe, bo zamieniają się one później w realne pieniądze i to wcale nie takie małe. :)


Co do zakupów, to mamy też sklep New Look i te oto poniżej buty tam zakupiłam:


Obrazek można powiększyć. ;) Buty kosztowały 5 funtów, przecenione z 18. Najbardziej w tych zakupach ucieszyła mnie nie tyle promocja, co fakt, że niecałą godzinę na nie pracowałam, co w naszej Polsce jest raczej niemożliwe. :) 

Mieszkanko:


Widok z okna i na okno:






Cicha spokojna dzielnica, idealni współlokatorzy z którymi można obejrzeć M jak miłość i odstresować po ciężkim dniu. ;) Mamy swój pokój, prawie swoją łazienkę (w domu są 3) i wspólny, ze wszystkimi salon, gdzie można sobie pooglądać telewizję, której wcale nie brakowało mi przez ostatnie 5 lat. ;) 

Z domu do centrum miasta mamy ok. 20 minut, jednak w przypadku, gdy się zgubisz, co zdarzyło mi się już dwa razy, trwa to ok. godziny. ;) 

Poruszanie się w Anglii: 

Jeżeli chodzisz na piechotę i się gubisz, to zawsze możesz jechać gdzieś samochodem!! Już pierwszego dnia się odważyłam i ciekawe to doświadczenie, jak jedyna myśl w Twojej głowie, to: lewa strona, lewa strona, trzymaj się lewej strony. :D Jest dobrze i wcale nie tak trudno. :) Największym dla mnie zaskoczeniem są pojawiające się znikąd ronda. :D Jedziesz autostradą (do spożywczego, 3 minuty drogi od domu ;)) i nagle RONDO. :P Nie wiem o co w tym chodzi, uczę się ich na pamięć. :) 


Ludzie:

W banku polka, w agencji polka, na ulicy Polacy... :) Wychodzisz na angielski spacer, a tam na mostku:



Taka sytuacja. ;)) Wiele języków można usłyszeć dookoła, jednak Portugalczycy przebijają wszystko i wszystkich, bo każdego jestem w stanie zrozumieć, jak mówi po angielsku, tylko nie ich. :) Brytyjczycy są bardzo mili i często możesz usłyszeć przy kasie pytanie: how are you? i na pożegnanie: have a nice evening! Uśmiech za każdym razem. :) 

Pogoda:

Deszcz widziałam tu tylko raz a poza tym jest ciepło, słonecznie, ale nie gorąco, czyli idealnie dla mnie. :) 


Na pewno o czymś zapomniałam. ;) Poniżej zdjęcia z dzisiejszego spaceru:



Pozdrówki i buziaczki. :* 

Gdybyście byli czegoś ciekawi, to śmiało piszcie! :)

poniedziałek, 1 września 2014

brand new life

Dotarliśmy i żyjemy!!


Oto miejsce w którym przyjdzie nam mieszkać i żyć przez kilka najbliższych miesięcy, czy też lat. :)

Ale od początku...
Nasza podróż rozpoczęła się 29.08.2014 o godzinie 10:30 (a miała o 9) w Polsce, w mieście wszystkim znanym - Ostrołęka. Ruszyliśmy do Warszawy aby odwiedzić w pracy mojego Góralka (:*) i oddać po raz 4 telefon do naprawy a także by nawiedzić moich Kolporterowców (:*) a następnie śmignąć autostradą A2 ku granicy niemieckiej. :) W głowie myśl: ZDĄŻYMY, NA PEWNO ZDĄŻYMY NA PROM. ;)

Śmigam ja:


Śmiga Kamil:


(na moim zdjęciu widać, że jadę szybciej niż Kamil ;)))

Śmigamy my:



Co najbardziej zdziwiło mnie podczas podróży? W Polsce wydaliśmy na autostrady (ok. 300 km) 77 zł, w Niemczech, Holandii, Belgii oraz Francji nie zapłaciliśmy nic... :| Miałam ochotę zapytać Panią z okienka WTF? Podróż w Polsce minęła nam szybciutko, zaliczyłam po drodze prawie wszystkie sikalnie opisane jak MOP, chociaż wolałabym sikać w lesie, jednak gdy już dojechaliśmy do Niemiec i czekał na mnie toj toj, to polskim kibelkom daję 11/10 punktów. ;) Z ciekawostek dodam, że paliwo przed granicą kosztowało 5,90 zł, gdzie w normalnych warunkach byłby to koszt około 5,30 zł. Ilość aut wyjeżdżających z Polski, na brytyjskich blachach była zatrważająca. Przekroczyliśmy granicę i oto, co zobaczyliśmy:

NIEMCY





W Niemczech zostałam królową niekończącej się autostrady, co możemy zobaczyć poniżej:


Kiedy po około 3 godzinach monotonnej podróży przez Niemcy i wyprzedzania wszystkiego, co się da ;)))), już miałam wrażenie, że za chwilę się skończą, ponieważ zapadał zmierzch...

(takie brzydkie Niemki a takie ładne niebo)

... zapytałam Kamila, czy zaraz przekroczymy granicę, po czym okazało się, że nie jesteśmy nawet w połowie!!! :O

Mała zamianka miejsc i przespałam granicę z Holandią. :P Przespałabym też i Belgię, ale musieliśmy zatankować i oto proszę:



90 ojro i ja śmigam dalej... patrzę na zegarek, patrzę na przewidywany czas dojazdu do Francji (prom mieliśmy o 4 rano) mówię:


I kto wykrakał!?!!? Przed samą Francją zaczęłam prawie kimać, więc zmieniliśmy się i przespałam kolejną atrakcję, czyli przekroczenie granicy. ;) Dojechaliśmy do portu w miejscowości Dunkierka o 3:33, a powinniśmy się tam stawić o 3:15. Ustawiliśmy się w sznurku samochodów do odprawy a naszym zmęczonym oczom ukazał się widok:


Przy sprawdzaniu dokumentów przez zarówno francuskie jak i brytyjskie służby, każdy miał wątpliwości, czy Kamil to na pewno Kamil. :D Wrzuciłabym zdjęcie z dowodu dla porównania, ale mogłabym stracić głowę przy samej dupeczce, więc nie chcę ryzykować. ;))

JADZIEM NA PROM!
Ustawiliśmy się jako drudzy, 3:55, prom jeszcze stoi i nagle CIUFF CIUFF... odpłynął. xD Następny o 6 i jeszcze pewnie trzeba będzie zapłacić ponownie.. no to co, siku siku i spać. Wokół roiło się od polaków i co ciekawe, dużych rodzin z małymi dziećmi. O 5:30 obudziła nas jakaś kobitka, pokazaliśmy jej bagażnik i wjeżdżamy na prom. Nie wiedziałam jak to sobie wyobrazić, ale taki widok spotkaliśmy:


Coś jak dwu piętrowa knajpka z wygodnymi kanapami i stolikami. Oto dowód na to, że stoliki były bardzo wygodne a człowiek po kilkunastu godzinach jazdy jest zmęczony i tłum ludzi mu nie przeszkadza:



Innym też nie przeszkadza, jak widać w oddali:


Następnie wstajesz, widzisz za szybą nowy dzień, nie wiesz o co chodzi, mama dzwoni:



Anglia wita. :) Biletów nikt nam nie sprawdził, nic nie dopłaciliśmy, wyjeżdżamy.. lewą stroną. ;) Prowadzi Kamil a ja przesypiam prawie całą drogę śpiąc z nosem na pasie, jednak zdjęcia nie pokażę, bo to dość kompromitujące. :D



Jesteśmy w domu... cdn.

:)