poniedziałek, 16 maja 2016

5 kg temu

Jest 8 rano, sobota i właśnie się przebudziłam. Śnił mi się nasz ślub. Piękny drewniany kościół, msza miała się odbyć o 17. Budzę się rano, całe centrum zasypane śniegiem, moja bratowa w ciąży, mówi, że chyba urodzi jeszcze przed ceremonią. Suknia ślubna wisi w szafie (jest piękna, tiul i koronki), godzina 15 a ja jeszcze nie gotowa. Biegnę do kosmetyczki, (ta która wybrałam i naprawdę będzie mnie malować) która maluje mi turkusowa kreskę pod okiem, fioletową na gorze, róż na policzkach nie jest różem, tylko fioletem i nie na policzkach, tylko na całej twarzy. I tak wyglądam pięknie. Kupiłam sukienkę dla mojej świadkowej i jak poparzona biegam żeby ja znaleźć. Gosia Kura prasuje moją suknie ślubną, patrze w lustro a ja jestem bez makijażu. Biegnę zmienić majtki z różowych na białe. Już w kościele, w nawie bocznej zakładam suknie ślubna przy akompaniamencie organów, bo msza już się rozpoczyna. Fryzura rozwalona, makijażu brak, pan młody jakiś inny, chociaż podświadomie wiem, że to ślub z Kamilem. Krzyczę: gdzie są moje buty?!?!?!

Coś mi mówi, że zbliża się nasz ślub. ;)

No cześć! Mama była mnie odwiedzić wraz z ciocią Beatą. :) Wrzucę kilka zdjęć i zatytułuję je: w Londynie - pięć kilogramów temu. ;)


Spędziliśmy super (w mojej opinii) weekend. :)

Śmignęliśmy rano na lotnisko



aby odebrać z niego Kobiety mojego życia! :) :*


Szybkie prawie-angielskie śniadanko i śmignęliśmy na łowy zakupowe do Norwich - klasyk, chociaż trzeba w końcu coś zmienić w tej rutynie i zacząć zakupować się gdzieś indziej, bo podobno w Cambridge jest dużo więcej fajnych sklepów. No i w końcu zwiedzić to piękne miasto! :)


Nie wiem, gdzie wcięło resztę zdjęć, bo na pewno było tego więcej. Jako, że weekend krótki, to w sobotę raniutko wybraliśmy się do Londynu. Moja Mama zapomniała przestawić zegarek, więc wstała po 5 i obudziła wszystkich. :) W Londku pogoda okropna, na szczęście padało tylko troszku. Byliśmy w knajpie Sherlock Holmes - nie polecam. Na Oxford Street, w Muzeum Madame Tussaud i w Muzeum Historii Naturalnej. Kolejki, kolejki, kolejki.















Pierwszy raz miałam okazję być na seansie 4D. Mega. :) Ciągle się wystraszałam. :D

Niedziela umknęła szybciutko, ale rano zdążyliśmy zahaczyć o morze. :)



I tak o. Lubię gości. Fajnie pokazać im część naszego życia i móc kogoś ugościć. :) Oby częściej.

W tygodniu następnym dopadła mnie jakaś infekcja płuc i większość spędziłam w domu, zdychając.

I inhalując się. :)

Teraz jest już kilka tygodni później i na mojego ostatniego cheat meala zrobiliśmy....................


CHURROSSSSS!!! Smak podobny, ale niestety towarzystwa hiszpańskiego brakowało. :)

Także tak. Planujemy już sobie powoli naszą podróż poślubną, mapa już w drodze. ;)

xoxo i do poczytania!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz