niedziela, 10 lipca 2016

ksz ksz

Notatka, podejście drugie. Poprzednia skasowała się nie wiem jak, ale powoli tracę cierpliwość do mojego telefonu, który zawiesza się zawsze w najmniej odpowiednim momencie.

Dwa lata temu nie pomyslałabym nawet, że w świecie bekonu i ryby z frytkami zamienię mleko na mleko kokosowe, ziemniory na ryż, bułku na zdrowy chleb - bez chęci powrotu do bulku. I że będę biegać, ale tym razem nie po to, żeby komuś zaimponować, czy tylko po to żeby schudnąć szybko, dużo i zapomnieć. Teraz mam cel: bieg na 10 km. Jestem w połowie :) Ten cel, to trochę jak z moją nauką angielskiego. W szkole zawsze marzyłam o tym, by biegle władać językiem angielskim i oczami wyobraźni widziałam siebie, rzucającą żarciki w międzynarodowym towarzystwie. I oto prawie już tam jestem, bo codziennie w pracy mamy kupę śmiechu, bez przewagi kupy. Tylko nadal nie mogę w to uwierzyć. To chyba trochę tak jest, że coś robimy w życiu i zawsze zrzucamy to na przypadek. Moim przykładem jest i bieganie i angielski. To ja przecież zaciskam zęby prawie każdego popołudnia, wbiegając pod górkę na 4 kilometrze, ledwo oddychając. Górki... Coś, czego każdy początkujący biegacz nienawidzi a hartują jak nic innego. :) I powinna być satysfakcja. Więc skoro tego dokonuję, to czemu wygrzebanie satysfakcji przychodzi z takim trudem?

Angielski.. W pracy posługuję się tylko językiem angielskim, więc czasem tak śmiesznie wplatam polskie słowa do moich wypowiedzi. Bardzo często jest to;: wiem, więc, no i. ;) Działa w dwie strony, bo do Kamila czasem mowie, ze idę spać soon.. Albo jak wrócił do domu a ja już spałam, to obudziłam się i powiedziałam: hello, hi. I nie czyni mnie to bardziej angielska, czy mniej polską. Denerwuje mnie jak ktoś mówi: o, pojechał do Anglii, zapomniał polskiego. Tak jest skoro posługujesz się dwoma językami i tylko się cieszyć, że jest progres. Tzn. postęp. ;)

Ostrołęccy usługodawcy mnie nienawidzą. Albo ja ich. Kocham moje miasto ale moje dwa tygodnie urlopu były kumulacja stykania się z beznadziejnymi przypadkami obsługi klienta. Może najpierw obrączki. W pierwszym sklepie wybrałam takie piękne, z brylancikami, na co pani sprzedająca powiedziała, że za drogie. Serio? Serio?!???!?!?!?!  Następnie poprosiłam ją o wypolerowanie mojego pierścionka zaręczynowego na co pani: a po co, moim zdaniem jest czysty, poza tym taniej będzie wyczyścić go szczoteczką do zębów i płynem do mycia naczyń. Zaraz po tym zmieniliśmy lokal. No myślałam, ze nie wytrzymie. Tyłek niech se tym wyczyści. 

Przyszedł czas na nasz cudowny zespół. Podobno świetnie graja, fajne podejście -  a mnie doprowadzili do szału. A jak napisał, że zaprasza nas do Mińska Mazowieckiego na spotkanie, to wyszłam z siebie i stanęłam obok. Na szczęście się dogadaliśmy. Rozumiem, że dla nich jesteśmy kolejnym klientami, ale dla nas to pierwszy ślub, więc pytań jest dużo, wątpliwości jeszcze więcej a oni są po to, żeby nam to wszystko ładnie opowiedzieć, przedstawić i jeszcze do tego muszą być zajebiści. 

Sala. Właścicielka naszej sali ma własną dekoratorkę (taki tam mają swój mały interesik), której wizja nie odpowiada mojej wizji ani ciut ciut. Nic a nic. Sztuczne, różowe kwiaty mnie nie interesują, więc wciskanie mi jej na siłę nic nie da. I pojawił się konflikt. Właścicielka robi nam pod górę i żałuję, że zdecydowaliśmy się na tę salę. No ale trudno. Trafiła na twardą zawodniczkę i czuję, że przed weselem się rozegra..

I tak dalej i tak dalej.. u pana od tortów byłam cztery razy i za każdym z coraz trudniejszą wizją. Chyba się dogadaliśmy. Miało być tanio, wyszło jak zwykle.


Nasza pani kwiaciarka <3 to anioł i będzie pięknie, na pewno.

Suknia zamówiona.

Buty kupione.

Fryzura ślubna próbna zrobiona, ale zmieniłam zdanie, będzie inna.

Zaproszenia zrobiły furorę.

Szkoda, że dwa tygodnie tak szybko zleciały i śmiało mogę stwierdzić, że dawno nie przeżyłam takiego stresu. Codziennie rano budziłam się z myślą: co dziś jest do zrobienia. Dopiero w piątek przed wyjazdem pierwsze o czym pomyślałam, to: mam dwa dni, żeby odpocząć. :)

I w sobotę śmignęliśmy na kajaki..




W ciągu kilkunastu dni zaliczyliśmy też urodziny Kajtka



Byłam też imprezie...


z bratową, Dżoaną oraz Katarzyną  <3

po czym zaliczyłam całodniowego zgona


a dwa dni później nadal wyglądałam tak


;)

Wyprzytulałam moją Em, ale za małoooo


I zaprosiliśmy prawie wszystkich gości...




I o ile do Polski przylecieliśmy bez opóźnień...


to na powrocie trzeba było czeeeeeeeeeeeeeeekaććć... a na lotnisku było taaaaaaaaaaaak gorąco..


z Polski wróciłam 2,5 kg grubsza, ale już się tego pozbyłam ;)

i tym optymistycznym akcentem pozdrawiam, całuję, pa! :*

na pożegnanie zdjęcie z żółwiami


jako zapowiedź następnego postu

1 komentarz: